niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział I

Ich posiadłość była naprawdę imponująca, i niesamowicie pusta jednocześnie. Chłopak miał do dyspozycji tylko towarzystwo kilku służących, pielęgniarek i lekarzy, którzy go tu odwiedzają, bo w zasadzie muszą. Rodziców na miejscu nie zastałem.

Chociaż synek siedział na ganku.

- Hej. - na twarz narzuciłem miły uśmiech, kiedy usiadłem obok niego w głębokim, wiklinowym  fotelu. Chłopak skierował głowę w moją stronę. Skinął nieśmiało i sam posłał marny uśmieszek.
- Dzień dobry.
- Nazywam się Gilbert Bielicki, jestem z miastowej kliniki na zastępstwo za mojego kolegę. Słyszałeś co mu się stało?
Pokręcił przecząco głową.
- Złamał miednicę. To trzeba mieć pecha, nie? Haha, w środku lata... - cisza. - Chciałem się właściwie o coś ciebie zapytać, Feliksie. Czy- oczywiście jeśli mogę do ciebie mówić po imieniu?
Kiwnął powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- To miało być to pytanie?
- Och, nie - zaśmiałem się lekko - Czy wiesz, po co tu jestem? W sensie, jestem na zastępstwie, ale co ja mam takiego tu robić?
Nastała chwila milczenia, Feliks opuścił trochę głowę, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym wybuchł cichym, przytłumionym śmiechem.
- Wie pan, głupio mi jest to mówić, ale kompletnie nie mam zielonego pojęcia.
- Och. No to mamy coś ze sobą wspólnego -przyznałem. - Rodzice nie rozmawiają z tobą za dużo, co?
Wzruszył ramionami.
- Są zajęci.
Typowe.
- Okej. - musiałem odchrząknąć. - To porobimy coś, czego jestem przynajmniej pewien, że trzeba... Pozwól mi zrobić wstępne badania, muszę tylko wypełnić kilka tabelek w papierkach.
- Jasne. 


Stanąłem przed jego krzesłem, i wyciągnąłem latareczkę z kieszeni. Nie była zbyt potrzebna, dzień jest mocno słoneczny, jednak siedzimy w cieniu i lepiej jest mi zdać się na siebie, niż na pogodę. 


Zdjąłem jego ochronne okulary i zacząłem badanie siatkówki oka.

*

Haczykiem całej tej nowej sytuacji jest to, że nie bardzo miałem w życiu doświadczenie z zachowaniem służby. Zawsze bywałem w biednieszych domach moich pacjentów, więc kiedy wieczorem tego samego dnia usłyszałem, że moje posłanie jest już gotowe i dziewczęta chcą zaprowadzić mnie do pokoju, oprócz oczywistego, pierwszego skojarzenia, mocno się zdziwiłem. Nie to żebym nie był przyzwyczajony do kultury moich pacjentów, ale nic nie wspominałem nawet o noclegu przez cały ten dzień...


Cóż, skoro zaoferowano mi go, nie mogę odmówić. Dojazd zajmuje sporo czasu, i paliwa. I mimo, że dom jest rozlegly, masz świadomość, że nie jesteś w nim sam.


Po wykonaniu większości małych robótek przy pacjencie, będącymi w większości spisywaniem stanu pajenta w dokumentach, zapytałem go o jego samopoczucie. Rozmowa jakoś sama zeszła, zaskakująco płynnie przeszliśmy z gadki o zdrowiu, poprzez inne lekkie tematy, w typowe rodzinne ploteczki. Poczułem się przy nim jakoś swojsko, i nawet nie chciałem, ale troszkę się otworzyłem. Ale tylko troszeczkę, to wciąż praca. Tylko praca.
Mimo wszystko, zeszło nam się właśnie do tego wieczoru. Ziemia wciąż była ciepła i pachnąca słońcem, mimo że było długo po zachodzie. Czerwonawa łuna nikła powoli na niebie. 


- Rodzice zawsze jakoś nie chcieli drugiego dziecka, sam nie wiem czemu. Szczerze, fajnie by było mieć kogoś jeszcze, oprócz matki i ojca. Miałbym kogo wkurzać. - Feliks uśmiechnął się szeroko. Okulary ma zasunięte na włosy, widocznie wygodniej jest mu tak rozmawiać - bez nich na nosie. Jakby nadal miał zdrowe oczy.
- Taa, znam to... Ja mam czworo rodzeństwa.
- Serio? Młodsze czy starsze?
- Jedno starsze, troje młodszych.
Chłopak wydał przeciągły pomruk.
- Panu doktorowi dobrze.
- Wiem, zawsze współczuliśmy dzieciom jak ty, bo nie mają z kim się bawić. - zaśmiałem się lekko. - Moim zdaniem nie powinno tak wychowywać się dzieci. Ja sam zastanawiałem się nad trójką, ale żona nie chce... nie chciała.
Odwrócił się bardziej w moją stronę.
- Ma pan dziecko?
Pokiwałem głową.
- Natalka, kończy 6 lat w grudniu.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Postanowiłem w międzyczasie spakować w końcu papierki do walizki.
- A dlaczego pan powiedział, że pańska żona nie chciała dzieci? Coś się stało z pańską żoną?... Jeśli można pytać, oczywiście.
- Wzięliśmy rozwód niedawno temu. - odpowiedziałem, nie podnosząc na niego wzroku.
- Och.
Sięgnąłem do kieszeni z boku walizki po spinacze do papieru.
- Życie, Feliks. Takie życie. Czasem się kogoś kocha, a potem przestaje, i trzeba iść naprzód.
- No okej, pan wybaczy że tak nachalnie, ale dlaczego to się w ogóle stało?
- Aa, bo ja tam wiem... - mimo woli zaśmiałem się. - Mi było dobrze, ona sobie coś wymyśliła, no i pyk. Wiesz, w sumie dobrze że nie ciągnęliśmy tego dalej, skoro ona nie chciała, nie? To mogłoby wtedy skończyć się jeszcze gorzej.
- Ano, nadal tego nie rozumiem, ale okej.
- Nie myśl o tym na razie, jeszcze zdążysz mieć rozwód - machnąłem ręką, jakby to była zwykła rzecz, przez którą wszyscy przechodzą. W sumie, pomyślałem, troszkę jest. W Polsce coraz częściej ludzie się rozwodzą, jeśli wierzyć statystykom.
Udało mi się w końcu posegregować w miarę dokumenty i schować je na ich miejsce, odłożyłem je na bok.
- Choć mogę ci dać małą radę od starego rozwodnika, nie bierz nigdy ślubu. Żyć na kocią łapę w tych czasach to znowu nie taka dziwna rzecz, a i nie będziesz się wplątywać w żadne gówno. Po kobiecie nigdy nie poznasz, kiedy zacznie coś kombinować. Wiesz co? Najlepiej w ogóle się nie zakochuj.
- Pan niech nie będzie taki pesymistyczny, przecież mogę trafić na jakąś dobrą dziewczynę, nie? - zaśmiał się nerwowo.
- Ta, życzę ci tego. Hej, a swoją drogą, byłeś kiedyś zakochany?
Wypuścił powoli powietrze.
- Troszkę... bardziej w sensie, że chciałem, żeby ona była obok mnie i nigdy nie patrzyła na innego, ale to chyba to samo.
- Ach.
- Ale, wie pan, spora różnica wiekowa, ja miałem 15, a ona z 30... to była moja nauczycielka, więc troszkę nie było nam pisane.
- Haha, no to nieźle!
- Noo - wyszczerzył się w moim kierunku.
Nagle zaczął podnosić się z krzesła. Prostując się nerwowo potarł rękami o spodnie. Po raz pierwszy naprawdę przekonałem się, jak bardzo jest niski. Na moje oko jakieś 168 cm, jeśli nie mniej.
- Niedługo będzie kolacja. Możemy powoli już cofać się do domu, jeśli pan chce.
- Chętnie zostałbym jeszcze tutaj - odpowiedziałem delikatnie, nie chcąc narzucać się tą myślą na jego plany.
Chłopak skinął głową i jakby się rozluźnił; teraz miał już 173 cm. Na oko. Czyli lekko się garbi.
- Też tak myślę - mruknął pod nosem i usadowił się wygodnie na swoim wcześniejszym miejscu.


Nie byłem nawet głodny po obiedzie, który składał się z dwóch dań - przepysznego pesto z jakimś dodatkiem i buraczanego chłodnika. Aż tak bogato nigdy się nie stołuję, ostatnim razem jadłem dwa dania jako dziecko, na wyjeździe u babki, i tak samo się poczułem na dzisiejszym obiedzie - pękaty, ale szczęśliwy. Dania były naprawdę pyszne, to co miałem robić, zostawiać wszystko na talerzu? Pewnie że nie. Jasne, że wszystko zjadłem, szkoda że teraz żałuję. 


A i odchodzić stąd, to jak stracić wielką okazję. Cały świat pachnie, woła mnie, bym został jeszcze na zewnątrz. Cichy szum liści drzew z sadu miesza się z pomrukiem przejeżdżających niedaleko samochodów, na które widok zasłaniają drzewa. 


Są to głównie jabłonie, grusze i śliwy, z kilkoma czereśniami sterczącymi gdzieś dalej, w głębi sadu. Ganek wychodzi na południowy zachód, a drzewka owocowe stoją w szeregu oddalonym o 20 metrów, równolegle do nas. Nie jest to coś wielkiego, ani rozległego jak willa, ani nawet za przesadnie zadbanego, ale nadaje świetny klimat temu miejscu, jakby naprawdę siedziało się gdzieś przy chatynce na wsi i spoglądało się na swoje plony, jak pięknie rosną.


Pozostała część ogrodu, która rozciąga się za sadem jest niewidoczna, ale prawie na pewno jest tam jakieś pole golfowe. Albo wielkie ogrody z fontanną, jak w amerykańskich filmach. Albo sam w sumie nie wiem. 


Widok zza ogrodzenia ukazuje teraz zacienione, pokrętne wzgórza tej okolicy, Górna Wieś i jakaś inna osada gdzieś dalej. Na same szczyty wzniesień padają jeszcze rude promienie, oświetlają szkółki leśne i pola rzepaku. Wszędzie w Polsce ten rzepak. Wszędzie żółto, to i tu. Willa państwa Łukasiewiczów mieści się na jednym z niższych wzgórz. Kawałek ogrodzenia nieobrośniętego zielskiem jest wysunięty bardziej na zachód od sadu, i on zdaje się być jedynym punktem obserwacyjnym tutaj, co przyprawia mnie - mimo rozmiarów tej działki - o lekką klaustrofobię.


Natalka polubiłaby to miejsce. Często włazi na drzewa, i potem nie można jej z nich ściągnąć. Jest jak mały kotek. Mógłbym ją nawet tu kiedy zabrać... 


Zerkam kątem oka na Feliksa. 


Wpatruje się w drzewa, którymi delikatnie buja wiatr. Postanowiłem się odezwać. Głupio jest przerywać taką ciszę, ale jednocześnie dziwnie się czuję nic nie mówiąc w obcym miejscu, przy dopiero co poznanym chłopaku, którego na dodatek jestem gościem. Odchrząknąłem.


- Zastanawiałem się właśnie, czemu nie wołają nas na kolację. Wcześniej na obiad wołali.


Troszkę skłamałem, bo myślałem o zupełnie czym innym. 


- Aa, bo ja zwykle albo nie jem kolacji, albo przychodzę kiedy chcę, to nawet już im się nie chce wołać.
- Mhm.
Skoro tak, niech tak będzie.

6 komentarzy:

  1. Wyobraziłam sobie te wszystkie drzewka i górki, i rzepak. Pięknie, cudo... nie... RAJ! To istny raj. A na devku się skarżyłaś, że nie umiesz pisać. Czytam to z zapartym tchem i czekam na następne. ^///^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć że się spodobało <3

      Usuń
  2. Sprawdzone i polubione~ ;3

    ~737

    OdpowiedzUsuń
  3. Przechodzenie z czasu przeszłego na czas teraźniejszy nie jest dobre, zwłaszcza w tym samym rozdziale :<
    Ale za opis tej całej posiadłości masz plus~

    PS. Czyżbym widziała Casa na profilowym? ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aa wiesz co, zdążyłam się już zorientować ale dopiero na trzecim rozdziale. DD:
      Dziękuję~! ;u;

      Ba, oczywiście że to Cas 8)

      Usuń