czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział III

Siedzę z Feliksem na ganku w ciszy. Jest chłodniej niż wczoraj, zbiera się na deszcz. Zrobiłem herbaty i przyniosłem ją sam, bo nie czuję się dobrze z myślą, że tak fajne dziewczyny jak nasze pokojówki miałyby mi usługiwać we wszystkim. W ogóle do bycia tutaj pewnie jeszcze długo będę się przyzwyczajać. 

Kac złapał mnie dopiero przed śniadaniem, ale szybko minął, bo jadłem akurat jajecznicę z kiełbasą. Teraz nic już nie czuję. Felek za to nawet nic na ten temat nie wspominał. 

Rodzice Felka spóźniają się na spotkanie ze mną. Mieli być na 10, a jest 11. Ktoś ze służby odebrał telefon od nich i powiedział nam, że mają mały problem z dojazdem, bo ludzie wracają do domów z wakacji i jest sporo wypadków, i że państwo Łukasiewiczowie serdecznie przepraszają. Mimo dzisiejszej niepotrzebnej, porannej paniki że nie zdążę wstać przed spotkaniem i wezmą mnie za jakiegoś niekompetenciaka, to dobrze, im dłużej się odwleka tym lepiej. Mam małą tremę przed tym wszystkim. 

Tak więc siedzimy sobie i marnujemy czas, obserwując wrony kłócące się o coś, co leży w trawie. Zdziwiłem się, że Felek jest w stanie je jeszcze zauważyć skoro jego zaćma jest już w tak zaawansowanym stanie, ale on wytłumaczył mi że dziś ma jakiś lepszy dzień niż zwykle, i nawet takie szczegóły widzi. 
 
Bardziej leniwego początku dnia dawno nie miałem, ale mimo wszystko fajnie się tak "marnuje" czas. 
 - Hej, jeśli denerwujesz się przed rozmową z moimi rodzicami, to nie ma o co. Nie są aż tacy źli. - wypalił Felek, nie odrywając wzroku od walczących ptaków. Rzuciłem mu zdziwione spojrzenie.
- Skąd podejrzenie, że się tym stresuję?
- No, nie wiem, może bo pierwszy raz będziesz widzieć się z właścicielami tak wypasionego domu i modlisz się w duchu, żeby nie okazali się tak sztywni, jak ich sobie wyobrażasz?
- No pięknie, jestem tu drugi dzień a mój pacjent już czyta mnie jak otwartą księgę. Poczułem się o wiele bardziej pocieszony, dzięki.
Wyszczerzył się.
- Do usług.
Któraś z większych wron w końcu wyrwała większy kawałek tego czegoś, i odleciała gdzieś za sad, a za nią reszta zbiorowiska. Zrobiło się trochę ciszej.
- Ale szczerze mówię, nie są spiętymi businessmanami bez duszy czy coś. - Felek spojrzał się na mnie.
- Oby. - odwzajemniłem spojrzenie.
Zmarszczył nagle brwi i przybliżył się nieco.
- Ej, w mordę... Ty masz czerwone oczy?
- Co?
Wstał i podszedł do mnie, oparł ręce o kolana i pochylił się nade mną, wpatrując się intensywnie. Zdjął nawet swoje pingle z nosa, żeby móc bardziej się przyjrzeć. Prawdopodobnie miałem wymalowaną lekką panikę na twarzy, ale ta upierdliwa pchła nie mogła oderwać ode mnie swoich oczu.
- Czerwone, jak bum cyk cyk! - wymamrotał z nutką niedowierzania w głosie, zarumieniony. - W sensie, nie czerwone jak od picia, a czerwone tęczówki!
Wzruszyłem ramionami.
- Wcale że nie są. Mają dziwny odcień, ale nie są czerwone. Musiałbym być albinosem.
Wyprostował się i założył ręce na biodra.
- No a nie jesteś?
- Nie - westchnąłem. - Ta większa zaćma mogłaby do ciebie wrócić, to nie był byś taki ciekawski.
- I tak jestem - rzekł dumnie. Wywróciłem oczami i sięgnąłem po kubek herbaty. On wreszcie usiadł na swoim miejscu. - I tak dla mnie masz czerwone oczy!
- Mhm. - mruknąłem do kubka. 
 
Nie chcę tam iść, na to spotkanie. Gdzieś w środku włączył mi się mały Gilbercik, który chce tutaj siedzieć w ciszy, z kubkiem ciepłej herbaty z imbirem do usranej śmierci i nie mieć tego typu spraw na głowie.
Ale oczywiście jak na złość, przychodzi pokojówka z wiadomo jakimi wieściami!
- Państwo Łukasiewiczowie są już na miejscu, czekają na Pana. Proszą o przyjście do gabinetu. Zaprowadzę Pana kiedy będzie Pan gotowy.
 
Nigdy nie będę na to, kurde, gotowy!
 

No to wlazłem. 
 
Przywitałem się, wymieniłem się z nimi standardowymi grzecznościami, i usiadłem na krześle przy biurku, przykulony nieco jak uczeń na dywaniku u dyrektora. Ojciec Felka, szeroki od umięśnienia i nieco starczego tłuszczu, facet w widocznie późnej pięćdziesiątce, z siwizną na gęsto zapuszczonej brodzie i ciemnoblond włosach, z pinglami o okrągłych, ale małej średnicy oprawkach opartych na jego długim nosie, siedział w swoim szefowskim fotelu i wygrzebywał coś z szuflady. A matka, chudziutka i niska blondynka o wielkich oczach, kręciła się przy oknie.
 Gabinet wyglądał jak typowy gabinet typowych bogatych ludzi, mówiąc dosadnie; w kątach porozstawiane meble z ciemnego drewna, dobrze zachowane - choć jestem przekonany że stoją tu dłużej niż 15 lat; na ścianach obrazy. Widok zza okna zasłania wierzba rosnąca przy wejściu do budynku. Stopy w pożyczonych kapciach potarłem o wielgachny dywan, rozciągnięty po całości podłogi. Jego drobny, bardzo szczegółowy deseń utrzymany jest w stonowanych odcieniach błękitu, czerni i fioletu. Pewnie głównie przez niego mam wrażenie, że jest tu zbyt mrocznie i nieco chłodniej, niż w innych pomieszczeniach. I to pewnie też przez meble. I tych ludzi tutaj. 
I ten straszny, wielki, pusty dom. Brr. 
 
- Proszę poczekać jeszcze chwilę panie Bielicki, muszę coś znaleźć bo nie daje mi to spokoju, i będziemy rozmawiać. - rzucił przepraszająco Łukasiewicz, nadal grzebiąc namiętnie w szufladach. Kiwnąłem głową i bąknąłem coś w rodzaju "Nie ma sprawy".
 
Pani Łukasiewicz rzuciła na mnie zaciekawione spojrzenie. Odwzajemniłem je, ale nie na długo, bo Pan wychynął nagle zza kantu biurka z tryumfalnym wyrazem twarzy. W dłoni trzymał plastikową kartę, podrapaną i nieco wyblakłą, i podał mi ją.
- Oto jest to, czego szukałem! - zawołał radośnie. - To jest Pana klucz do naszej posiadłości. Jeśli Panu to nie odpowiada, oczywiście możemy dać zwykły, metalowy.
- Nie, nie, nie trze -
- Dobrze, to przejdźmy już do sedna spotkania, by nie marnować sobie czasu.
Poczułem się jak nie uprzejmie uciszony, a jakby zatkano mi twarz taśmą klejącą.
- Uprzedzając pytanie - kontynuował Łukasiewicz - nie, nie będzie musiał Pan przechodzić przez rozmowę o pracę, ani nie jest Pan na niej w tej chwili, CV nawet nie jest potrzebne,  wiemy o Panu dosyć sporo by być pewnymi, kogo zatrudniliśmy.
- Jest Pan tego pewny? - zapytałem.
- Oczywiście! I widzi Pan, zaoszczędza nam to wiele, czy to nie jest dobre rozwiązanie? Nawet nie musimy czekać, aż Pańskie sekrety w końcu wyjdą na jaw, od razu je znamy! - odpowiedział z najszczerszym uśmiechem. Ciarki mnie przeszły. Wiedziałem, że z jego rodzicami coś będzie nie tak.
- Co do warunków pracy, musimy zaznajomić Pana z naszym małym... kodeksem, że tak się wyrażę. Po pierwsze - prosimy o całkowitą dyskrecję na temat tego, co dzieje się na naszych spotkaniach i co omawiamy, to jest bardzo ważne. Po drugie, i tak samo ważne-
- Przepraszam bardzo że przerywam, ale zdaje się że nie za bardzo rozumiem. Dyskrecja? Dlaczego? Dyskrecja o planach, jakie macie wobec własnego dziecka? 
 Możliwe, że za dużo powiedziałem i to mogło zabrzmieć dosyć niegrzecznie, ale myślę że lekarz dziecka w stosunku do jego rodziców powinien być szczery. Ojciec wpatrywał się w blat biurka, bawiąc się kciukami.
 - Po drugie - kontynuował - Feliks potrzebuje dużo odpoczywać na terenie domu, i jakiekolwiek wyjazdy czy nawet spacery wokół wsi proszę konsultować ze mną.
Dobra, sory, ale kto tu jest lekarzem?
- Moje dziecko niestety cierpi oprócz zaćmy, również z powodu depresji i bierze ciężkie leki. Wolelibyśmy razem z małżonką, żeby wychodził jak najrzadziej. Po prostu boimy się o niego, prosimy o zrozumienie.
- Wie Pan, szczerze mówiąc, to niewiele tu rozumiem. - rzekłem, zerkając również na matkę Felka, która łypnęła na mnie kątem oka. - To, co tu Państwo wyliczyliście jako niebezpieczne czynniki, to wszystko właśnie może mu POMÓC rozwinąć zdrowie i polepszyć stan psychiczny. Zresztą, nie wydaje mi się żeby Feliks miał depresję, kto jak kto, ale ja jako lekarz bym poznał.
Pan Łukasiewicz wpatrywał się we mnie niedowierzająco. Rozłożył potem ręce i spojrzał na mnie bezsilnie.
- W jaki inny sposób mielibyśmy go chronić? Chce Pan, żeby naszemu dziecku coś się stało na wsi, tak?
- Nigdy - odparłem, z trudem opanowując rosnącą irytację. - To nie leży w naturze lekarza, by chcieć śmierci swojego pacjenta, powinien Pan o tym wiedzieć. Chcę, tak samo jak Państwo, jego dobra i powrotu do zdrowia, a to naprawdę jest możliwe... Niestety nie z podejściem, jakie Państwo do sprawy mają, z całym szacunkiem.
Ojciec wypuścił z siebie powietrze nosem, wpatrując się we mnie znad okularów.
- Co Pan w takim razie proponuje?
- Dawać Feliksowi jak najwięcej zdrowej wolności i być z nim. Rozmawiać z nim. Pozwalać mu samemu wychodzić do znajomych, rówieśników, na imprezy. Nawet państwo mogliby razem z nami czasem przejść się na dłuższą wycieczkę, do lasu na przykład. Niech znajdzie jakieś zajęcie, może nawet pracę...
- O nie! Nie ma mowy!
Wyrwana z zamyślenia i spod okna matka znalazła się natychmiast przy ramieniu męża, wpatrując się wściekle we mnie. Swoje chudziutkie piąstki ściskała tak, aż pobladły. Mąż za to wstał i zaczął przechadzać się powoli po pomieszczeniu, starając się nie robić z nikim kontaktu wzrokowego.
- Pan powariował? Tak chory chłopak w PRACY! Jeszcze czego! - podniosła głos jeszcze bardziej. - A od rozmów ma przecież Pana, nie jest samotny!
- To jest po prostu śmieszne - prychnął nagle ojciec, odwracając się raptownie do nas - Jakiś tam okulista nie będzie mi mówił co mam robić z moim synem! 
 
Wstałem. Spojrzałem się prosto w jego zmrużone, świńskiego rozmiaru oczka, kipiące złością i chęcią mordu. I prawdopodobnie wyleciałbym z nowo otrzymanego stanowiska za to, co powiedziałem, ale jakoś magicznie zostałem. Jak to zrobiłem? 
 
- Pan najwidoczniej nie potrafi zająć się synem jak należy, jeśli nisko postawiony okulista rozwodnik musi jeszcze Pana pouczać. 
 
Szczerze mówiąc, nie wiem. Nie pamiętam znaczy się. Jestem z natury człowiekiem kochającym równowagę i pokój, więc jeśli dzieje się coś takiego jak to, muszę interweniować. To jest kompletnie głupie, nawet dzieciaka za mocno nie znam ale czuję potrzebę działania. Kto go wyrwie z tego gówna, jak nie ja?
Tak, muszę interweniować, zainterweniowałem i rozpętałem piekło. Kłóciłem się z nimi jeszcze długo, próbowałem ich przekonywać i wyjaśnić szczerze, co myślę i na czym może polegać problem, potem wyszedłem z gabinetu zatrzaskując za sobą drzwi, kiedy stwierdziłem, że nie da się już nim niczego powiedzieć w tej sprawie. Nie widziałem sensu tłumaczenia tym ludziom na czym polega ludzkie szczęście i dzielenie się nim z bliskimi, na czym polega dobre i proste zajmowanie się i przejmowanie swoimi dziećmi tak, by wiedziały, że mają oparcie w rodzicach i że są bezpieczne. Sami powinni o tym wiedzieć najlepiej, jako rodzice tak fajnego dzieciaka. W ogóle, jako rodzice!


Kiedy nareszcie udało mi się stamtąd wyjść, za drzwiami gabinetu spotkałem zaniepokojone sprzątaczki. Uśmiechnąłem się do nich mimochodem. Oczywiście natychmiast poleciały na dół, by powiedzieć wszystkim co się stało... Ja w sumie też, bo poszedłem od razu szukać Feliksa. 
 
Spotkałem go na korytarzu na naszym piętrze. Uśmiechnął się szeroko na mój widok.
- I jak poszło? Było straaasznie pewnie co?
- Taa, zrobiłem im awanturę - wyrzuciłem, dysząc po biegu po schodach. Uśmiech znikł.
- Co? Czemu?
Usłyszałem przyspieszone kroki na korytarzu. Spoko, jestem na to w stu procentach gotowy. Felek tylko chyba nie, sądząc po jego minie.
- A nie uważasz może, że to jest dziwne że twoi rodzice nie pozwalają ci za bardzo wychodzić na zewnątrz? - wyrzuciłem to z siebie, W KOŃCU. - Bo jak dla mnie to jest chore.
Wytrzeszczył oczy i już miał coś powiedzieć, kiedy zobaczyliśmy obydwoje państwa Łukasiewiczów zbiegających ze schodów, ojciec był cały czerwony ze złości. Feliks cofnął się, jakby kryjąc się za mną.
Pan Stanisław, kiedy tylko nas zauważył, wskazał na mnie palcem i zaczął wolno podchodzić w moim kierunku, non stop wpatrując się we mnie swoimi małymi, brązowymi oczkami, łypiącymi znad okularków. Miałem wrażenie że naprawdę chce mnie zamordować za to, co mu powiedziałem w gabinecie. Pani Łukasiewicz przystanęła za nim jak cień.
- Panie Gilbercie Bielicki. Pierwszy raz miałem okazję, żeby kłócić się z osobistym lekarzem mojego syna, i dla dobra naszego i Pańskiego ostrzegam. Jeśli jeszcze raz powtórzy się taka sytuacja, niestety będziemy zmuszeni się pożegnać.
- A ja nadal będę się modlić do Boga, drogi panie Stanisławie - rzekłem, kątem oka obserwując dzieciaka za mną - i mieć dozgonną nadzieję, żeby pewnego dnia zrozumiał Pan, co Panu powiedziałem i że się ze mną zgodzi. Nie miałem absolutnie zamiaru podważyć Pańskiego sposobu wychowywania dziecka, a tylko dać przyjacielską radę, jednak najwidoczniej zawiodłem.
Jego usta drgnęły drwiąco.
- Nie mam nic więcej do powiedzenia - rzucił chłodno.
Stał jeszcze chwilę w miejscu, mierząc nas oboje wzrokiem, wyprostowany i wyzywający, i w końcu odwrócił się gwałtownie na pięcie i skierował się w stronę schodów. Zaczepił lekko o rękaw swojej żony mrucząc coś miło pod nosem, najwidoczniej prosząc ją ze sobą.
Stwierdziłem, że nam też trzeba już iść, więc odwróciłem się do Felka i pociągnąłem go za sobą, żeby zmyć się w jakieś ciche miejsce. Miał wyjątkowo smutny wyraz twarzy. Poklepałem go po ramieniu, co przyjął z wdzięcznością, i zagłębiliśmy się szybko w korytarz, z daleka od tej sceny. Ale teatr się jeszcze nie skończył. Usłyszałem za sobą szybkie kroki.
 
Momentalnie zostałem rozdzielony od Felka silną, ale drobną dłonią, boleśnie wbitą w moje przedramię. Feliks zbladł gorzej niż wcześniej, w impakcie odbił się głucho od ściany, a mnie postać przycisnęła do drugiej, dusząc kościstymi palcami. Z komódki obok zleciał mały wazonik polnych kwiatów, a inne ozdoby w nim zabrzękały ostrzegawczo.
Aneta Łukasiewicz,matka Feliksa, ta malutka, nieszkodliwa na pierwszy rzut oka kobieta stała przede mną, gniotąc moje gardło w nagłej furii.
Ojciec natychmiast podbiegł, krzycząc. Nie miała zamiaru odpuścić.
- Jeśli kiedykolwiek dowiem się, że z głowy mojego syna spadł chociażby włos w twojej obecności - syknęła - pożałujesz tego bardziej, niż się spodziewasz. 
Zobaczyłem cholerne gwiazdki przed oczami. Felek jęczał za mną załamanym głosem, by mnie puściła. Zrobiła to tuż przed tym, kiedy zacząłbym prawdopodobnie słabnąć z niedotlenienia.
- Lepiej sobie to zapamiętaj - rzuciła ostro, odchodząc powoli ode mnie i wróciła do zaniepokojonego męża, jakby nic się nie stało.
Zdusiłem w sobie komiczne odnajdywanie podobieństwa pani Anety i osiedlowych dresiarek pytających o wpierdol, bo sytuacyjnie ta myśl kompletnie nie wypada. Mogłem stracić życie z rąk tej szalonej kobiety.

~*~

Tego wieczora jednomyślnie postanowiliśmy kupić z Felkiem po kilku browarach i wypić je przed telewizorkiem w ciszy, ciesząc się nieobecnością jego rodziców, którzy znów sobie gdzieś pojechali. Kiedy zakupy się dokonały (do piw kupiliśmy przekąski, typu czipsy, popcorn czy żelki, i kilka paczek paluszków bo młody narzekał), uciekając umiejętnie spod nadzoru służby, która, jak powiedział mi Felek, chętnie kabluje swoim panom o jego odpałach, dotarliśmy bezpiecznie do jednego z salonu na naszym piętrze.

Włączyliśmy "Matrixa", coś typu sci-fi, żeby móc jeszcze bardziej odbiec od myśli o dzisiejszym starciu. Szczególnie przyda to się Felkowi, który chyba najbardziej to przeżył. (Oczywiście Felek nie jest w stanie oglądać telewizję jak my, on za to lubi jej słuchać i czasem tylko wpatruje się w telewizor, próbując dopasować kształty do dźwięku.) No, ale. Nie myśl już o tym, Gilbercik, Neo zaraz dowie się prawdy o świecie i to jest ważniejsze!
Niee, jakoś nie mogę się na tym skupić, znów mózg włączył mi się na hiperanalizę całego dnia, jak wczoraj, kiedy próbowałem zasnąć. Trzeba znaleźć coś innego do zajęcia, ech...
Wziąć popcorn i się nim nażreć. Tak, TO jest dobra rzecz do zrobienia. Wziąłem więc całą garść i popiłem ją swoim piwkiem. Felek wywalił na mnie oczy. Machnąłem na niego ręką i popiłem jeszcze, oczywiście krztusząc się przy tym. Brawo. Oklaski dla tego pana tutaj, brawo. Feliks się zaśmiał.
- Ej no co ty, zabić się chcesz? - chichotał nadal, i walnął mnie porządnie w plecy. Co w jakiś sposób podziałało, bo mogłem już oddychać.
 - Dzięki - wymamrotałem, ocierając łzy. Ten jeszcze bardziej się chichrał.
- Ależ nie ma za co, doktorku.
Popiłem jeszcze, żeby pozbyć się resztek popcornu z gardła, i znów zapadła cisza. Neo właśnie dowiedział się prawdy, a Felek postanowił rozwalić się jeszcze bardziej na kanapie, zarzucając nogi za podłokietnik po swojej stronie. Głowę ułożył na poduchę obok mnie i sobie oglądał, leżąc nie wiadomo jak, aż kark mnie bolał jak się na te dziwactwa patrzyłem.
Przyszło mi coś raptownie do głowy.
- Hej, Felek...
- Hm? - mruknął.
- Przepraszam że przywrócę ten temat... ale chciałbym coś powiedzieć w tej sprawie, po prostu żebyś wiedział.
Milczał.
- Chociażbym miał stracić tą posadkę, albo twoi rodzice mieliby spierdolić mi życie do korzeni, nie ustąpię, dopóki twoje życie nie obróci się o 180 stopni i będziesz wiódł normalne i szczęśliwe, a nie to, co masz tutaj. Za bardzo zasługujesz na szczęście.
Nadal nic nie mówił. W bladym świetle ekranu zobaczyłem, jak lekko się rumieni. Oczywiście ja też musiałem, bez tego się nie obeszło, ech... Felek odwrócił głowę w moją stronę, nie patrząc na mnie.
- Dzięki - bąknął.
Potem wróciliśmy do oglądania.


Około pierwszej pożegnaliśmy się z Felkiem, niestety tym razem tak wcześnie, bo jutro czeka mnie załatwianie masy urzędowych spraw. Wpadłem do pokoju akurat kiedy moja postawna pokojówka, pani Barbara, sprzątała syf w moim pokoju, który zostawiłem przed oglądaniem. Nieco mnie to zdziwiło że ją tu spotykam, w końcu panie pokojówki sprzątają zwykle pokoje wtedy, kiedy mieszkańców w nich na pewno nie będzie. Przywitałem się z nią i wziąłem szczoteczkę i pastę, i natychmiast wyparowałem z pokoju.
- Panie Gilbercie! Pan poczeka!
Ughh. Tylko nie to, ta kobieta mnie przeraża. Cofnąłem się o krok i wychynąłem zza framugi drzwi.
- Słucham pani Basiu?
- Słyszałam jak się Pan z państwem Łukasiewiczami kłócił.
O cholercia. Ciekaw jestem co ma na ten temat do powiedzenia.
- Tak?
- Ano. Darł się pan Stasiek tak, jakby mu kolekcję jego książek kto zabrał, hehe.
- No tak, trochę hałasu było.
Podniosła na mnie wzrok znad worka śmieci, który ode mnie zabierała.
- Niech pan wie, że my tam z dziewczynkami i chłopcami ze służby Panu po cichu kibicujemy. - powiedziała najszczerszym tonem.
...Och.
- Naprawdę? To miłe.
- Nie proszę Pana, to normalne żeby takiej sprawie kibicować, niech Pan sobie żartów nie stroi. - obruszyła się. - Ci państwo mają niestety nierówno pod sufitem i Feluś na tym tylko obrywa. - przybliżyła się nieco do mnie i zniżyła głos. - Jakby Pan mógł, to nawet Pan może go porwać i gdzieś z nim wyjechać, wszyscy będziemy bardziej spokojni i frajdę będziemy z tego mieli, bo będą go szukać i się wściekać.
Roześmiałem się.
- Pani Basiu, gdyby to było takie łatwe... Dobra, przepraszam bardzo, ale muszę umyć zęby przed spaniem - pomachałem szczoteczką w powietrzu.
- Taa, niech pan idzie, późno już... - machnęła szeroką ręką, podnosząc worek z zamiarem wyniesienia go na korytarz. - Byle Pan nie spaprał tej sprawy z Felkiem. 
 
- A skąd, nigdy.