niedziela, 22 lutego 2015

Prolog

Zbieram włosy naszego jorka z marynarki, kiedy ona wspomina o tym, co już dawno rozważaliśmy, choć baliśmy się doprowadzić do czynu ze względu na małą. Zawsze chcieliśmy dla niej dobrego dzieciństwa, bez przeżywania głupoty jej rodziców, jak większa część jej koleżanek i kolegów. Rozmowa rozkręca się, latają słowa, bluzgi, nawet szklanka. Argumenty, które wydają się być sensowne sypią się z jej ust jak strzały z jadem, otumaniają mnie, cisną łzy złości i wyrzutów sumienia, jednak nie potrafię przyznać jej racji - męska duma dała górę. Przybiega wybudzona mała, i wszystko w jednej chwili przybiera kształt kiepskiego melodramatu, jednego z tych, które lecą po 15 w niedziele i których nikt nie ogląda. Jedyna różnica, że jest piątek rano.
Z Natką, którą trzyma mocno za rączkę, moja żona bierze torbę jedną i drugą w biegu. Nawet nie zauważyłem, że stoją w przedpokoju. Drzwi zatrzaskują się głucho, jakby i  mój własny dom kazał się iść wypchać.

Po psa przyjeżdżają dwa dni później. Przez telefon ustaliliśmy podział majątku - głównie to Marlena ustalała, ja wydawałem z siebie uległe, wręcz obojętne pomruki aprobaty. Natalka ponoć jest bardzo szczęśliwa, mogąc mieszkać u dziadków na wsi, a przedszkole jest tylko trochę droższe od tego w mieście, ale za to rozleglejsze. Jest ładny plac zabaw, podwórko ze strzyżoną trawą, a przedszkolanki jak anioły.
Słyszę tyle dobrego o ich nowym życiu. Cieszę się, że moja córka jest szczęśliwa, choć boli mnie, że matka zdążyła opowiedzieć jej z mocno zaokrąglonymi szczegółami o moich winach. Dziecko nie chce się do mnie odzywać. "Wiesz, zięciu, jak to jest... narobiliście jej strachu, a że głównie matka się nią zajmuje, to w tobie nie widzi podparcia, no. Na logikę tak weź i wykmiń, jak ty byś się czuł." Matka się nią zajmuje, bo mnie nie dopuszcza do kontaktu z córką, tyle. Marlena uparta jak cała jej rodzina. Nie pozwoli, koniec kropka.

Piątek wieczorem spędzam z kumplami, przy chłodnym piwie, siedząc na podłodze i jednym, starym fotelu, który przytaszczyłem od nas z sypialni. W sumie - ode mnie z sypialni. Marlena wzięła niestety ze sobą sofę i większość umeblowania salonowego. Telewizor to już ja się nie zgodziłem oddać, zaparłem się i czekam, aż ona odpuści. Mój telewizor. Ze swojej wypłaty ratę spłacałem. Zresztą cały ten dom jest mój, meble salonowe to fakt, ona ze szwagrem pokupiła.
Natomiast w weekend odbyły się pierwsze przygotowania przed sprawą rozwodową.

*

Mijam znak informujący mnie, że do Górnej Wsi jeszcze tylko 5 kilometrów.
- Więc wiesz, mówię ci - ja siedziałem cały ten czas jak na szpilkach, kolana nie mogłem uspokoić, cały czas latało. A żebyś, kurwa, Natalkę widział. Widziałeś ją? Bo ja nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- No widziałem, ale z tyłu siedziałem, to tylko tył głowy. A co?
Wziąłem głęboki oddech, by pohamować wybuch gniewu. Na Antku wyżywać się nie będę, nic nie zawinił.
- Słuchaj... Ona tam stała jak blady trup. Mocno mi to czymś śmierdzi, jakby Marlena coś przede mną ukrywała.  - Kierownica na moment wymsknęła mi się z mokrych palców, zjechałem lekko na lewy pas. Ach, niech już tak będzie. Ulica i tak pusta.
- Z taką miną stała, jakby widziała kogoś wieszanego przed nią. Płakać mi się chciało. Mam nadzieję że to tylko stres przed przesłuchaniem. Bo jeśli nie...
- Stary, ta twoja jest jakaś nienormalna. To było jakieś konieczne żeby tam dziecko prowadzić? Jest na to jakiś przepis?
- Nie, nie wydaje mi się.
- No! Przecież pamiętam jak z moimi siostrzeńcami było, przesłuchanie przez prokuratora czy tam psychologa, ale na osobności. I potem dalej nie wchodzą.
- A wiesz, wydaje mi się że ona jakąś dziwną grę sobie pogrywa.
Kolejna fala wściekłości i bezsilności. Nie powinienem sobie uświadamiać takich rzeczy tak późno.
 - Ej, co ty, nie nakręcaj się tak.
Prychnąłem przeciągle.
- Jakby to było takie łatwe.
- Dobra, bo ty pewnie prowadzisz, a to nie za bardzo rozmowa na telefon też. Jak dojedziesz tam do pacjenta to oddzwoń, umówimy się na jakiś dzień żeby coś wypić.
- Jasne.
- Trzymaj się, Gil.
- No, ty też. Nara, Toś.
Siedem lat. Siedem piepszonych lat. A mówią, że to dobra liczba. Całym swoim życiem psuję stereotypy.

2 komentarze: