poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdzial II

Tuż po kolacji w willi Łukasiewiczów, kiedy byłem już w pokoju gościnnym i szykowałem się do snu, zadzwonił telefon.
- Halo?
- No hej, mordo. Jak tam w nowym miejscu pracy?
Tosiek. Faktycznie, mówił że zadzwoni później.
- Zwyczajnie w sumie, nie ma nad czym się zachwycać ani załamywać rąk. Chłopak z zaćmą, aż go szkoda bo jest mily jak baranek. 


To prawda. I ma tyle potencjału w sobie, tyle pozytywnej energii, która niestety jest przytłumiana przez jego rodziców. Feliks po raz kolejny nie widział ich dłuższy czas, z tego co dziś od niego usłyszałem.
Nieciężko się domyśleć dlaczego utrzymują dystans, ale wolę nie brnąć w to dalej i żyć w tej niepewności. Kiedy jestem nadto ciekawy, zbyt często dochodzi do nieprzyjenych zdarzeń. Poza tym chcę nadal wierzyć w ich racjonalność. Choć powoli przestaję.

Antek mruknął w słuchawkę. 

- Wszystkich chorych ludzi szkoda. Na czym w ogóle polega ta jego zaćma?
- Ma mgliste wypełnienie oka, gdybym musiał to na ludzkie przetłumaczyć. Widzi jakby przez gęstą, mleczną mgłę. Pojawiają się plamy, czasem nadwrażliwość siatkówki, przez co musi nosić okulary przeciwsłoneczne, jak wychodzi z domu, bo nadto światła może mu uszkodzić wzrok na dobre.
- Jeezu.
- No. Muszę się spieszyć z leczeniem, bo z czasem zaćma może całkowicie wypełnić gałki, i potem twardnieją... wtedy już nic nie da się zrobić. Ale oczywiście nie mogę na razie zrobić nic, bo nie mam zgody rodziców.
- Serio? Jak to?
- Nie powiedzieli o jego stanie. Przyjechałem tu w ciemno, szczerze mówiąc. Jutro przyjeżdżają, i mają mi wszystko wytłumaczyć.
- Źle to wygląda, powiem ci. Jak porachunki z mafią!
Zaśmiał się serdecznie. Mi wcale nie było do śmiechu, w końcu w tym siedzę, nie on.
- Ty się nie śmiej, bo to może być prawda... potem będziesz musiał mnie od nich wykupywać jak mnie porwą, wytną mi nerki...
- Haha, oj nie, oby tak nie było - powiedział, rozbawiony. - Jak coś to dzwoń, my się zjedziemy całą ekipą pod tą całą willę i "wyjaśnimy" nieco, w ten łatwiejszy i skuteczniejszy sposób, niż te twoje mediacje.
- Ta.
- Dobra, to ja już kończę, bo jest już późno. I nie to żebym chciał spać, ja o tej porze nigdy nie śpię... ale mam robotę w barze.
- Jasne, jasne. Położyłbyś się kiedyś o normalnej porze.
- A co się z tobą stało, demonie? Sam lepszy kiedyś nie byłeś. Ta Marlena serio ciebie poukładała pod swoją linijkę?
- Nara. Miłego wieczoru.
- Będę zmywał rzygi... nie będzie miłego, ale dzięki. Trzymaj się.
Telefon zamilkł. Rzuciłem go na łóżko. Wziąłem ręcznik, szczotkę do zębów, pastę i jakieś luźne ciuchy służące chwilowo za piżamę, i poleciałem do łazienki. Dobrze by było, gdybym ją w tym wielkim labiryncie znalazł.

I oto się znalazłem. Oczywiście wielka, oczywiście bogato zdobiona przeróżnymi, pozłacanymi dodatkami i czysta łazienka, niczym w zasadzie nie wyróżniająca się od innych, nie licząc rozmiarów i ozdób. Kibelka nie było, bo ubikacje najwidoczniej są tu zupełnie oddzielne, i faktycznie jedną napotkałem, idąc tutaj, sterczącą białymi drzwiami tuż obok mojego pokoju.
Łazienka ta jest - oczywiście - jedną z wielu, na tym, pierwszym piętrze budynku, jest jedną z trzech. Z tego co słyszałem, bo nie jestem znawcą tego budynku. I raczej nigdy nim nie zostanę. Mieści się gdzieś na zachód od mojej sypialni, której dwa okna wychodzą w środkowej części zewnętrznej, południowej ściany. I oto poznałem dwa pomieszczenia w wielkim labiryncie.


Zaczynam się rozkładać z rzeczami do mycia, kiedy słyszę na korytarzu zbliżające się kroki, trochę wyciszone przez kapcie. Nie za bardzo się tym przejąłem, bo tu non stop ktoś się kręci. Sprawca tego cichego szumu postanowił jednak wbić się do mojej łazienki.
Och, to ten dzieciak. Wchodząc, mocno speszył się moim widokiem. Mi też nie było za fajnie.
- Ojej, przepraszam, myślałem że wolne... - szybko wycofał się do korytarza i zamknął za sobą po cichu drzwi. Znów usłyszałem szuranie, tym razem szybsze. Mimo woli poleciałem za nim.
- Hej! - zawołałem cicho zza pół otwartych drzwi. - Czemu jesteś na nogach o tej porze?
Zatrzymał się i odwrócił, bujając się niezręcznie na nogach.
- Zasnąć nie mogę.
- Próbowałeś przespacerować się po dworzu? Mi zawsze pomaga.
- Nie, mi pomaga zwykle ciepła kąpiel, co chciałem teraz zrobić. Hm... albo czasem drink mi pomaga. Sporo drinków.
Westchnąłem cicho.
- Wiesz co... ja i tak coś czułem że nie zasnę, a tym bardziej, jeśli ktoś też ma mieć nieprzespaną noc, to wolę być na nogach. Wiesz gdzie jest moja sypialnia?
Kiwnął głową.
- Poczekaj tam na mnie, tylko nie wchodź, bo do końca się jeszcze nie rozpakowałem.
- Okej.
Poleciał korytarzem w tamtym kierunku. Gdzieś obok powinno być to jedno z małych okienek wychodzących na północny dziedziniec, a z nim zagłębienie z fotelami i sofą, więc nie martwię się o niego zbytnio i chowam się spowrotem do łazienki.

Po jakichś dwudziestu minutach wychodzę, starając się nie hałasować zamykam drzwi. Idę do tego zagłębienia obok klatki schodowej - Feliks rozłożył się w fotelu pod okienkiem, patrząc za nie na oświetlony jeszcze dziedziniec. Przez głowę przenika mi nikła myśl: co on właściwie widzi z tak rozwiniętą zaćmą? Same kolory?
Otwieram drzwi swojej sypialni i wołam go, starając się o jak najcichszy ton. Mam świadomość, że jest już około północy i większość mieszkańców już śpi, w tym dwie pokojówki naprzeciwko mnie.
Nocą ten budynek staje się spokojniejszy i mniej styrany tą napiętą atmosferą, która panuje tu za dnia. Może to tylko teraz, przed przyjazdem właścicieli? Dziewczyny ze służby wydawały się bardzo pogodne. 


Wchodzimy obydwoje, zapalam dwie lampy i chowam szybko ciuchy z łóżka spowrotem do walizki, żeby było trochę ładniej i żebym nie wypadł na fleję. I kiedy ja się wyginam wokół ubrań, młody robi trochę nachalną eskapadę po pokoju. Jakby tu nie mieszkał od urodzenia i nie znał tych pokoi, i jakby nie wiedział, że tu mieszka jego gość i należy zachować trochę szacunku. Czego on tu, kurna, szuka?
- To jest pańska żona? - zapytał niewinnie, podnosząc delikatnie zdjęcie Marleny znad komody, na której je ustawiłem, razem z innymi moimi pierdołami.
- Była żona. Tak - wystękałem, pchając ostatnie ciuchy. Zasunąłem suwak byle jak, na tyle by ciuchy się nie wysunęły, i wyprostoałem się, zwracając się do młodego.
- Masz może jakiś alkohol, którym mnie poczęstujesz?
To pytanie było bardzo nachalne, ale jest już trochę za późno by mnie to obchodziło. Feliks zrobił zdziwioną minę, ale zaraz zniknął w korytarzu, by za chwilę wrócić z dwiema butelkami bez etykietek. Zawartość wyglądała jak nalewka z truskawek. Zdziwiłem się że potrafił je obie unieść, bo wyglądały jak małe, szklane baniaki.
- Moja ulubiona nalewka, truskawkowa - rzucił z szerokim uśmiechem, stawiając je na stoliku do kawy. Ha, zgadłem. A, i oczywiście mam w tym pokoju dwa fotele ze stolikiem do kawy. Razem z półką na książki rozwleczoną po całej południowej ścianie, od okna do okna. To cholerna willa.
Skądś wytrzasnął też kieliszki. Odkorkował umiejętnie butelkę i nalał czubato w obydwa.
- Pijemy za coś? - zapytałem, wpatrując się niemrawo w płynący napój.
- Za nasze zdrowie - odpowiedział, odstawiając butelkę i patrząc na mnie z zamyśleniem. - Nasze i naszych rodzin, niech też mają.
Ano racja. Stuknęliśmy szkłem o szkło i wychyliliśmy szybko napój. Feliks od razu jakoś się wyluzował.
- Mam pytanie - zacząłem, dolewając sobie sam, i przy okazji jemu. - Ty nie masz żadnej innej bliższej rodziny? Jakieś babki, ciotki, wujkowie, kuzynostwo?
- Nie.
- Ale jak to- jakim cudem ty nie masz ani jednego z nich?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. - odpowiedział obojętnie. Wypił duszkiem zawartość kieliszka i oparł się wygodniej w fotelu. Wbił we mnie po chwili milczenia swoje zielone oczy, które w tym świetle wyglądały na zielono-złote. 


Nadal gdzieś z tyłu głowy skacze pytanie o jego wzrok, jak dużo widzi szczegółów, ale wolę je zostawić na... być może później, o ile posadka mi się utrzyma. Nie wiem dlaczego, wydaje mi się to zbyt prywatnym pytaniem.
- Skoro bawimy się w pytania i odpowiedzi, teraz moja kolej.
Zgodziłem się milcząco. Bawiłem się swoim trunkiem, obracając jego resztkę bujającą się w szklance, w dłoni.
- Dlaczego wziął pan ślub z tą kobietą, skoro potem okazała się być podłą suką?
Roześmiałem się.
- Odważne słowa zważając na to, że pijesz z jej mężem.
- Byłym mężem, nie?
- No tak. Na początku taka nie była, pamiętam ją jako błyskotliwą, twardo stąpającą po ziemi, ale wesołą kobietę, lubiącą sobie zaszaleć. Była wtedy moim ideałem. Każda kobieta zmienia się po ślubie... no, może większość, a ja nie miałem akurat do tego szczęścia.
Młody słucha uważnie. Ciągnę więc dalej.
- Po jakichś pięciu miesiącach od naszego ślubu zaszła w ciążę. Urodziła się Natalka, byliśmy tacy szczęśliwi. Wszystko układało się idealnie... Znasz to uczucie, kiedy masz wrażenie, że gwiazdy ułożyły się w twój sposób, ułożyły się tak, że nagle jesteś największym szczęściarzem i wszystko ci się udaje, cały świat jest po twojej stronie? To było to. Dostałem robotę w naszej klinice, ona dobrze płatny macierzyński ze swojej firmy, dom był już przygotowany dla Natalki, i nagle po jej narodzinach coś się zepsuło. - zamilkłem na chwilę. - Nie wiem co poszło nie tak. Wszystkiego pilnowałem jak należy, przynajmniej tak mi się zdaje. - machnąłem ręką, jakby to o czym mówiłem było mało ważne. - Teraz moja kolej.
- Coś poszło nie tak, ale nadal utrzymywaliście się w całości ze względu na małą?
- Tak - mruknąłem, sięgając po następną kolejkę. - Ostatnie czego chciałem dla niej, to rozpadająca się rodzina, dlatego kochałem je obie tak samo i nieprzerwanie przez ten cały czas, aż Marlena to ot tak, zakończyła.
Feliks kiwał głową w zamyśleniu.
- Inny facet?
- Mam takie podejrzenie.
Osuszyłem czwarty kieliszek. Zacząłem w końcu coś czuć.
- Skoro zadałeś mi dwa dodatkowe, to ja ci trzy zadam.
- Eej, niesprawiedliwe! - jęknął. Małe rumieńce powoli wychodzą mu już na policzki.
- Sprawiedliwe. Jakie masz zajęcia w tym wielkim domu, skoro nie wolno ci wychodzić samemu poza podwórko?
- Serio to pana tak ciekawi? - odparł lekko zdumiony.
- Ano. I bez tego pana już. Mów mi Gilbert.
- Hehe, to Gil będę ci mówić.
- Jak tam chcesz - wywróciłem oczami. On jeszcze szerzej wyszczerzył kły, jak debil. - Odpowiadaj na pytanie.
- No, siedzę na ganku i słucham muzyki, łażę po podwórku, różnie bywa... Gram też troszkę na pianinie, ale znowu nie za specjalnie...
- Ooo. Jutro mi pokażesz, po spotkaniu z twoimi rodzicami.
- Jasne. Ale to nie jest nic wybitnie pięknego, nie miej na to nadziei. Nie jestem jednym z tych cudownie obdarowanych talentem dzieci.
- No okej, okej. Ale... oprócz tego? Musi być coś jeszcze, co robisz. Normalny człowiek by zwariował.
- Nie jestem normalny - odpowiedział z figlarnym uśmieszkiem. - Mam znajomych, nie martw się. W przeciwieństwie do tego, co pewnie o mnie od początku podejrzewałeś.
- Nie da się ukryć. Gdzie ich poznałeś, skoro... w sumie poza swój Tajemniczy Ogród nie wychodzisz?
- Większość to koledzy z piaskownicy, z czasów, kiedy rodzice nie bali się o mnie tak bardzo i wychodziłem na zewnątrz. Łaziłem po placach zabaw tutaj, we wsi. Kiedyś było ich trzy, teraz nie wiem jak to jest, ale tam ich poznawałem. Reszta to ludzie z którymi mnie oni poznali przy różnych okazjach.
- Rozumiem. Fajnie, że przynajmniej ich masz.
- Jasne. Bez nich całkowicie bym zwariował. Teraz moja kolej. 


W trakcie tej rozmowy przestałem liczyć wypite kieliszki. Prawie nie zauważałem już różnicy wieku między nami, a atmosfera stała się na tyle domowa, że nawet nie przejmowaliśmy się za bardzo śpącymi ludźmi. Tempo trzymamy na wysokim poziomie, ale ja tak szybko nie odpadnę, o nie!
Uniosłem swój kieliszek do góry pod wpływem przecudownego pomysłu.
- Wypijmy za nich! I za innych, którzy utrzymują nas przy życiu! - wykrzyknąłem, a raczej nie był to krzyk, a ciche zawołanie, bo jeszcze odrobinę tego szacunku do innych trzeba zachować. Nie mam zamiaru budzić całego domu, nawet jeśli byłoby śmiesznie. A na pewno by było.
- Zdrowie!
Stuk, i kolejna kolejka została pochłonięta. Ale mi fajnie.
- Hej, bo w końcu nie zadam swojego pytania! - szczeknął Feliks. - No to... Ech... nic mi innego nie przychodzi teraz do głowy. Masz jakieś hobby? Albo pasję, coś?
- Ta, mam. Jazda konna.
Młody zamrugał.
- Co się tak gapisz? - pytam, zdezorientowany.
- Jakoś nie pasujesz mi na takiego.
- Bo co, na twardego wyglądam? - wyprostowałem się dumnie. Felek spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Nie, na pierwszy rzut oka jesteś trochę bucem.
Ja?
- Dzieciaku, ty mnie nie znasz... Zabawa to mój żywot. - oparłem się głęboko w fotelu, patrząc mu w oczy i uśmiechając się pewnie. - Nie widziałeś mnie na studiach.
- Nadal studiujesz, czy jak?
A to szczeniak!
- Nie, ale... Ale wtedy więcej swobody było, i czasu na imprezowanie! Teraz człowiek ma inne rzeczy na głowie...!
- Spinasz się, doktorku. - Znowu się szczerzy. Zaraz mu te piękne ząbki wybiję. - Nie spinaj się. To, że spotkał cię ten cały rozwód nie oznacza, że świat się kończy. To ozpoczęcie nowego rozdziału, czy coś w ten deseń. A imprezować to każdy potrzebuje.
- Taa? A ty w ogóle coś imprezujesz, czy popijasz samotnie swoje wyroby w domu?
- Staram się w towarzystwie - odciął.
Zapadła ciężka cisza, przerywana szumem liści gdzieś za otwartymi oknami sypialni. Spojrzałem odruchowo na zegarek. Pierwsza trzydzieści? Czas nie może lecieć tak szybko.
- Konie to cudowne zwierzęta - rzuciłem w przestrzeń. Felek uniósł głowę.
- Są bardzo miłe i cierpliwe. - potwierdził, kiwając głową. - Dlatego zawsze dziwię się, że tacy ludzie jak ty do nich ciągną.
- Co masz na myśli konkretnie?
- Jesteś trochę bucem, to raz. Koń to zaraz wyczuwa i nie słucha się, jak próbujesz go dosiąść to ci nie da. Wiem, bo nieraz jeździłem, bardziej amatorsko, ale poznałem się trochę na nich.
Prychnąłem, ale pozwoliłem mu kontynuować.
- Dwa, to zwykle tacy do zwierząt nie ciągną.
- No widzisz. - rozłożyłem ręce. - Jestem najwidoczniej wyjątkiem.
- Albo może nie jesteś aż takim bucem, na jakiego wyglądasz.
- Ty, ty się jakiś wyjątkowo usczypliwy teraz zrobiłeś. Powiedz mi, że to przez tą nalewkę, bo nie chcę, żeby się okazało, że ty tak na codzień...
- Przekonasz się sam~ Teraz twoja kolej z pytaniem.
- Ty mała pchło, już przestaję cię lubić - mruknąłem, a on się zaśmiał. Jak to on. - No dobra. To moje pytanie, ile masz par okularów?
On roześmiał się jeszcze bardziej, powoli robił się cały czerwony.
- Skąd to pytanie wytrzasnąłeś? - wydyszał po chwili.
- Jakoś tak, bo o tym akurat pomyślałem. Bo skoro i tak musisz je nosić, to czemu nie miałbyś sobie kupić kilku innych par?
Odchrząknął porządnie i odetchnął, żeby się uspokoić.
- Wiesz, to okulary korekcyjno-cośtam, to nie za bardzo mam wybór w deseniach, na rynku takich mało.
- Dobra, nie pierdziel. Ile?
Pchła poczęła obliczenia w myśli- przepraszam, w próżni.
- Ze 30 będzie.
- Ha! Ostawiałem że więcej, ale blisko.
- A myślałeś że ile?
- 50 par minimum.
- Pff, przeceniasz mnie, Gilbercie! - machnął kokieteryjnie dłonią.
Jezu. I jak ja z nim wytrzymam.
- Lubię cię, jak jesteś trochę wstawiony. - wypalił nagle. Spojrzałem się na niego pytająco. On oczywiście tego nie zauważył, zaćma.
- Serio? Ja ciebie mniej.
- Aaw, i taki otwaarty. W ogóle, jesteś teraz taki... bardziej ludzki. Normalny.
Pokiwałem głową.
- Trochę się zgadza.
Od jakiegoś czasu czuję się jak bezkrztałtna, rozlewająca się w każdym kierunku, śmierdząca maź, komplikująca każdemu funkcjonowanie. Jestem taką małą, szmacianą lalką, którą moi bliscy muszą teraz utrzymywać na chwilowych, cienkich drutach... albo na swoich barkach, przypłacając za to swoim zdrowiem.
Ta myśl uderzyła mnie jak biczem w twarz, i natychmiast zachciałem więcej alkoholu. Nalałem więc sobie do pełna, i wychyliłem całość za jednym razem.
Feliks ziewnął przeciągle.
- Chętnie bym się ciebie spytał, co ci takiego chodzi po głowie na codzień, że nie możesz być sobą na trzeźwo, ale to chyba nie byłoby na miejscu.
Pokiwałem z niemą wdzięcznością.
- Może kiedy indziej.
- Mhm.
Cieszę się, że przynajmniej to rozumie. 




Po około trzech godzinach gadania o niczym tak naprawdę, obaj stwierdziliśmy, ze jesteśmy na tyle pijani i nareszcie senni, że pora już iść spać. Pozwoliłem, w przypływie alkoholowego miłosierdzia, Feliksowi pospać u siebie, na jednym z foteli - tym, który akurat miał wysuwaną pufę i przechylane do tyłu oparcie. Rozkłada się tak, że akurat pijanemu Felkowi wygody starczyło, i zasnął szybciej jak ja. Bo oczywiście ja kręciłem się jeszcze chwilę w łóżku, nie mogąc odpędzić od siebie przeróżnych myśli. 


Obudziłem się około dziesiątej. Głowa, zadziwiająco, mnie nie bolała. W zasadzie nie wyczułem ani śladu kaca, nic kompletnie. Może nadal jestem pijany?


 Młody zniknął, pewnie ogarnia się teraz u siebie w pokoju, przed przyjazdem rodziców-
...
Właśnie, cholera!